Przedsmak Dakaru: Hungarian Baja 2007

HunBaja_2007_1Uczestnicy rajdu Hungarian Baja, który w ubiegły weekend odbył się nad Balatonem, mogli odnieść wrażenie, że rywalizują na trasie legendarnego „Dakaru”. Panujący upał, wszechobecny kurz, etapy o długości kilkuset kilometrów, a nawet samochody, którymi najmocniejsi zawodnicy pędzili z prędkością 200 km/h i oddawali kilkunastometrowe skoki, były niemal idealną kopią obrazów, które co roku pojawią się w relacjach z Afryki. To, jak smakuje Dakar, w tym roku zakosztowały dwie polskie załogi samochodów terenowych oraz nasz reprezentant w klasie czterokołowców.

Polską reprezentację tworzyli zawodnicy, którzy w Polsce zaliczani są do najlepszych z najlepszych. Patryk Łoszewski i jego ojciec – Tomasz w ubiegłym roku zajęli drugą lokatę w klasyfikacji generalnej Rajdowych Mistrzostw Polski Samochodów Terenowych, w których dzielnie sobie również radziła druga z naszych eksportowych załóg – Maciej Chełmicki i Paweł Rosłoń. Startujący quadem Radosław Sawicz to z kolei jeden z najlepszych polskich kierowców ATV.

Rywalami Polaków były gwiazdy europejskiego formatu. W klasie samochodów absolutnym faworytem był Czech Miroslav Zapletal – zwycięzca niedawnego Baja Great Britain, startujący autem, którego nie powstydziłby się Stephane Peterhansel czy Carlos Sainz. Nic dziwnego zresztą – jego Mitsubishi L200 Strakar to była terenówka Portugalczyka Carlosa Sousy, którą z myślą o „Dakarze” zbudował dział sportowy Mitsubishi. Zapletal oczywiście przygotowuje się do styczniowego występu w Afryce, podobnie jak wielu innych zawodników, którzy rajd Hungarian Baja wybrali jako wyśmienity trening przed najważniejszym występem w roku. Na starcie można było więc zobaczyć kilkadziesiąt profesjonalnych Pajero, Nissanów Pick-up, Touaregów, Bowlerów oraz nieokreślonej marki prototypów, z których wiele dumnie eksponowało naklejki poprzednich edycji „Dakaru”.

Węgierskie zawody trwały trzy dni. Po piątkowym, pokazowym prologu, w sobotę i niedzielę zawodnicy rywalizowali na etapach, z których każdy miał długość ponad 350 kilometrów. Ich częściami były dwa, kilkukrotnie pokonywane oesy – bardzo kręty, ale krótszy (55 km) i przez to traktowany „odpoczynkowo” odcinek specjalny Jutaspuszta oraz niezwykle wyczerpujący, wytyczony w pagórkowatym terenie przypominającym nieco naszą Jurę Krakowsko-Częstochowską (były to tereny byłego poligonu wojskowego), aż 123-kilometrowy Hajmasker.

HunBaja_2007_2Na prologu (pokonywanym dwukrotnie), który pod wieloma względami przypominał rempstowskie oesy (miał tylko 6,5 km) klasę pokazał Miroslav Zapletal – Czech za każdym razem osiągał najlepsze czasy przejazdu, przy okazji popisując się fantastycznymi skokami. Pozostali zawodnicy, a szczególnie Słowak Josef Sykora, nie zamierzali tanio sprzedać swej skóry i również kręcili doskonałe czasy. Z bardzo dobrej strony pokazał się również Patryk Łoszewski, który startując w klasie Challenge (czyli „amatorskiej”, walczącej na nieco krótszej trasie), wygrał pierwszy z prologów, a na drugim był czwarty.

Prawdziwe zawody rozpoczęły się w sobotę. Zapletal nie odpuszczał i jadąc niemal bezbłędnie, zwyciężył wszystkie cztery oesy. Czecha omijały problemy techniczne i jedynie po ostatnim odcinku polecił swoim mechanikom wymienić łożysko w tylnym kole. – Technika zadecyduje, kto wygra w tym rajdzie – mówił wieczorem. – Jeśli auto nie będzie się psuło, nie powinniśmy mieć problemu ze zwycięstwem. Trasa jest naprawdę bardzo ciężka i wymagająca, ale to mi się właśnie najbardziej podoba. Wraz z moim pilotem czujemy się doskonale zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.

Gorsze samopoczucie miał na pewno inny faworyt – Josef Sykora, który trzy pierwsze oesy ukończył w pierwszej trójce zawodników, ale niestety na ostatnim urwał wał napędowy i ostatecznie nie ukończył etapu.  Najgroźniejszym rywalem Zapletala stał się więc Węgier Sandor Kis, który narzekał, że na początku dnia najwięcej problemów miał... z samym sobą. – Nie umiałem złapać rytmu – żalił się po pierwszym z oesów. – Auto sprawuje się doskonale, ale muszę poprawić własną jazdę.
Jak powiedział, tak zrobił. Na pozostałych oesach dwukrotnie zajmował drugą pozycję, a raz trzecią.

Niedziela rozpoczęła się dla zawodników sprawdzianem punktualnego wstawania. Pierwsi zawodnicy zaczęli wyjeżdżać z parku maszyn już o 6.40. Po całodniowej walce na trasie sobotniego etapu i wieczornych naprawach dla wielu było to nie lada wyzwanie.

Na starcie niedzielnego etapu ponownie stanął Sykora, ale niestety już na trasie pierwszego, 123-kilometrowego oesu w jego Pajero znowu pękł wał i Słowak musiał się już definitywnie wycofać z zawodów. Zapletal niezagrożony zwyciężył oba oesy (drugi z nich miał aż 170 km) i pewnie zwyciężył w rajdzie. – Słyszałem, że są tu dobre trasy i rzeczywiście to prawda – mówił na mecie. – Jestem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się na tu wystartować i szczęśliwy, że udało mi się zwyciężyć. Trasa była bardzo ciężka i na początku martwiłem się trochę o mój samochód – startuję nim dopiero po raz drugi. Na razie jeszcze się go „uczę”, ale z dnia na dzień jestem pod coraz większym wrażeniem jego możliwości. Bardzo poważnie myślę o starcie w Dakarze 2008, planuję więc jeszcze wystąpić w tym roku w kilku rajdach, by przyzwyczaić się do auta, ale moim głównym celem jest oczywiście dobry występ w Afryce.

HunBaja_2007_3Zadowolony był również Sandor Kis, który oba niedzielne oesy kończył z drugimi czasami. – To był ekscytujący weekend – mówił węgierki kierowca, który ostatecznie wywalczył drugą pozycję w „generalce”. W niedzielę czułem się bardzo mocny i starałem się nie odpuszczać Zapletalowi. Myślę, że na następnych rajdach stoczymy jeszcze niejedną bitwę.

Polacy po sobotnich oesach zajmowali 5. i 6. pozycję w klasie challenge. Na wyniku obu naszych załóg odbiły się urywane półośki już na pierwszym z odcinków specjalnych. Do końca soboty zarówno Orca, jak i Land Rover ścigały się więc w stylu buggy – tylko z tylnym napędem. Po wieczornych naprawach auta odzyskały pełną sprawność i w niedzielę nasi zawodnicy znów ruszyli do boju. Tym razem klasa challenge pokonywała tylko jeden, 123-kilometrowy oes. Emocji znów nie zabrakło – duet Łoszewskich rzutem na taśmę, po doskonałej, bardzo szybkiej jeździe i wyprzedzeniu kilku zawodników wywalczyła świetny, drugi czas oesu, który pozwolił jej awansować na trzecie miejsce w klasie. I to pomimo ponownie ukręconej półosi! Pecha miała natomiast załoga Chełmicki-Rosłoń, która pomimo dużej szansy na pudło, niestety nie ukończyła oesu z powodu awarii silnika. A podobno meta była już na wyciągnięcie ręki... Obie nasze załogi były jednak zachwycone rajdem i zapowiadają dalsze starty zagranicą, przy ograniczeniu ilości występów w Polsce. Nic dziwnego – ponad 600 kilometrów oesowych Hungarian Baja to więcej ścigania niż w całym sezonie RMPST. Oby tylko teraz nie nastąpił exodus naszych rempstowców...

text i foto: Arek Kwiecień

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.