Pokora przede wszystkim! – o Silk Way Rally 2016 rozmawiamy z Pawłem Molgo, dwukrotnym mistrzem Polski w rajdach terenowych

- Etapy chińskie biły na głowę to, z czym kiedykolwiek mierzyliśmy się wcześniej. Z Silk Way Rally konkurować nie może nawet Africa Eco Race, który choć również jest dwutygodniowym maratonem rozgrywanym na bezdrożach i pustyni, to jednak zapewnia zawodnikom pewną dozę komfortu. W Chinach o odpoczynku mowy nie było, a walka codziennie trwała 10-12 godzin. Oczywiście na naszą (niewesołą) sytuację wpływ miały również nawarstwiające się kłopoty techniczne, które sprawiały, że z dnia na dzień doświadczaliśmy coraz większych trudności – opowiada Paweł Molgo, szef NAC Rally Team.

13680430 1053143058054441 1230289731055096403 oArek Kwiecień, TERENOWO.PL: - Odetchnęliście już po powrocie z Silk Way Rally 2016?
Paweł Molgo, NAC RALLY TEAM: - Jeszcze czuję go w kościach i wciąż o nim myślę. To był z całą pewnością najtrudniejszy rajd w mojej karierze. Podobnego zdania jest Ernest, mój pilot, który startował w Dakarze rozgrywanym zarówno w Afryce, jak i Ameryce Południowej. Również wielu innych, doświadczonych zawodników, z którymi miałem okazję rozmawiać, mówiło, że czegoś takiego jeszcze nie przeżyli. Bo był to przedziwny rajd, a w zasadzie dwa – jeden rozegrał się w Rosji i Kazachstanie; drugi rozpoczął się na granicy Chin, a zakończył w Pekinie. Pierwszy tydzień walki był diametralnie różny od drugiego. Myśleliśmy, że im bliżej mety, tym będzie łatwiej, a tymczasem do samego końca trudności wciąż narastały. Etapy chińskie biły na głowę to, z czym kiedykolwiek mierzyliśmy się wcześniej. Z Silk Way Rally konkurować nie może nawet Africa Eco Race, który choć również jest dwutygodniowym maratonem rozgrywanym na bezdrożach i pustyni, to jednak zapewnia zawodnikom pewną dozę komfortu. W Chinach o odpoczynku mowy nie było, a walka codziennie trwała 10-12 godzin. Oczywiście na naszą (niewesołą) sytuację wpływ miały również nawarstwiające się kłopoty techniczne, które sprawiały, że z dnia na dzień doświadczaliśmy coraz większych trudności.

- Na co dzień startujesz T-jedynką, którą zdobyłeś dwa tytuły mistrza Polski. Na długie maratony zabierasz jednak T-dwójkę, którą bardzo chwaliłeś sobie w Afryce. W Azji twój Land Cruiser nie sprawdził się?
- Trasa, zwłaszcza w Chinach, okazała się dla niego bardzo trudnym wyzwaniem. Nie chodzi jednak o to, że Toyota nie poradziła sobie. Wręcz przeciwnie, dotrwała do mety, choć dostała mocno w kość. Ale z całą pewnością fakt, że jechaliśmy autem „seryjnym” miał wpływ na naszą sytuację w rajdzie. Na oesach osiągaliśmy średnią prędkość 50-60 km/h, co oznaczało, że startowaliśmy wczesnym rankiem, a na mecie pojawialiśmy się dopiero wieczorem. Walka na wertepach, przy bardzo wysokich temperaturach była niezwykle męcząca. Nałożyły się na to problemy techniczne i kłopoty zdrowotne. Silk okazał się rajdem stworzonym „pod” prototypy, takie jak Peugeot, MINI, Toyota czy Kamaz. To co oni pokonywali na pełnym gazie, my musieliśmy odhamować, a czasem szukać objazdu. Czołówka do mety docierała kilka godzin przed nami, miała czas na regenerację i ewentualne naprawy. My jechaliśmy dużo dłużej, finiszowaliśmy późno, a o odpoczynku mogliśmy tylko pomarzyć. Ale oczywiście nie narzekam – wiedziałem, na co się pisaliśmy. Była to solidna lekcja pokory.

13641237 1051905844844829 2720834249950798770 o- Po drodze nie oszczędzały was awarie...
- Zacznę od tego, że „Silk” nie ma litości dla nikogo. Na tym rajdzie najmniejszy błąd czy niedopatrzenie uruchamia całą lawinę nieszczęść, z której przy narastającym zmęczeniu trudno już się wykaraskać. U nas wszystko było dobrze aż do awarii turbiny, która nie miała prawa się zepsuć! Na koncie miała ledwie 12 tysięcy kilometrów, była sprawdzana przed rajdem... Ale niestety padła, co skazało nas na 600-kilometrową podróż na holu za Unimogiem. Do dziś nie wiemy, co mogło być przyczyną tej awarii. Mam teorię, z którą polemizują koledzy, że dzień wcześniej uszkodził ją płyn z układu klimatyzacji wyrzucony z pękniętego przewodu. Ale mniejsza o to. Mechanicy pracowali nad turbiną przez całą noc, a samochód odzyskał sprawność na 15 minut przed startem. Odtąd jednak na etapy ruszaliśmy z dalszych pozycji i musieliśmy przebijać się, jadąc w kurzu za wolniejszymi zawodnikami.

- Pech niestety was nie opuścił...
- Zgadza się. Kilka dni później, przy 46-stopniowym upale, podczas walki na wydmach w naszej Toyocie zagotowała się woda w układzie chłodzenia. By uzupełnić braki, chcieliśmy skorzystać z dodatkowego zbiornika, ale ten... niestety również okazał się pusty. Znajdowaliśmy się na środku pustyni, więc jedyną słuszną decyzją przy takie spiekocie było zjechanie z oesu, co umożliwiał wprowadzony przez organizatora system „Jokerów”. Z kolei na trzy etapy przed Pekinem, gdy szło nam wyśmienicie na wydmach, wyprzedziliśmy wielu rywali, na 60 kilometrów przed metą straciłem hamulce – płyn wylał się przez pękniętą rurkę. Słowa uznania dla Ernesta, który okazał się doskonałym mechanikiem. W warunkach pustynnych nie udało nam się zagnieść rurki, ale ostatecznie wykręciliśmy przewód, a układ zatkaliśmy przy pompie. Tyle że nie mieliśmy płynu, którym moglibyśmy uzupełnić braki. Poratowała nas sympatyczna załogi z Holandii przejeżdżająca obok, dzięki której odzyskaliśmy kontrolę nad hamulcem prawego przedniego koła. Chłopakom zresztą wkrótce odwdzięczyliśmy się, ponieważ zabrakło im paliwa na dojazdówce, więc holowaliśmy ich przez 50 kilometrów do najbliższej stacji. Na mecie oesu czekała na nas niestety niemiła niespodzianka, ponieważ okazało się, że zameldowaliśmy się na niej... 15 minut po limicie. Mimo pokonanego etapu i ogromnego wysiłku, który kosztowała nas naprawa, znów dostaliśmy karę czasową. Nieludzko wymęczonej Toyocie zabrakło sił również na ostatnim oesie. Nagle z jej przodu zaczął wydobywać się okropny hałas, więc by nie ryzykować, że tuż przed metą zostaniemy na trasie, postanowiliśmy opuścić kilka waypointów. Czas nie miał już dla nas i tak większego znaczenia...  

13662292 1051895508179196 7352190855925330214 o- Całe pasmo nieszczęść... Chyba tylu awarii nie doświadczyłeś przez dwa pełne sezony RMPST, w których zdobywałeś tytuł mistrza Polski?
- Powiem więcej – takiej ilości pechowych zdarzeń nie doświadczyłem w całej dotychczasowej karierze! Na ubiegłorocznym Africa Eco Race psuły się drobiazgi, które ani razu nie zatrzymały nas na trasie. W obozie pojawialiśmy się wcześnie, mechanicy mieli czas, by dopieścić auto, wszyscy byliśmy wypoczęci. A tu, jakby tego było mało, doszła awaria pneumatyki w Unimogu, który nas zabezpieczał na trasie, a potem jego pechowa wywrotka na wydmie... „Silk” nie wybacza błędów. A jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami. Codziennie rano budziłem się z myślą, co dziś nam się wydarzy. Raz były to awarie, raz przypadki losowe, a raz choroby. Na jednym z etapów, na szczęście krótkim, miałem poważne kłopoty z żołądkiem. Ernest po naprawie hamulców na pustyni w 46-stopniowym upale, którego – uwierzcie – nie czuć, gdy jest sucho, przez następną noc walczył z gorączką i dreszczami. Czarę goryczy przelewało nieustanne przesuwanie wskazówek w zegarkach. Czasu na sen mieliśmy mało, a co trzy dni ubywały nam kolejne dwie godziny. Pod koniec rajdu mimo ogromnego zmęczenia nasze rozregulowane organizmy nie były w stanie usnąć. Bywało, że po godzinie snu trzeba było wstawać na start.

- Ale chyba wszyscy wokół mieli kłopoty. Pech nie oszczędził nawet zespołu Peugeota.
- Peterhansel miał wypadek na własne życzenie. Rolował w miejscu oznaczonym przez organizatora trzema wykrzyknikami. Tam gdzie wszyscy zwalniali, on „poszedł ogniem”, jakby chciał sprawdzić, jakie są granice możliwości Peugeota. Z fizyką nie wygrał, auto zaliczyło potężną kraksę, ale zawodnikom nic się nie stało, co dowodzi, jak pancerna jest to konstrukcja. Następnego dnia samochód wyglądał jak nowy – nic dziwnego, bo francuski team serwisowy składał się z 70 osób. Loeb do końca mógłby walczyć o zwycięstwo, gdyby nie błąd Eleny, który nie odbił dwóch waypointów. Nam też zdarzyło się, że choć jechaliśmy prawidłowo i słyszeliśmy sygnał dźwiękowy WP, komputer jednak nam go nie zaliczał. Parę razy Ernest kazał mi zawracać, czasem wystarczyło odbić w bok i wtedy było już OK. Elena, jadący z szaleńczą prędkością z Loebem, słysząc „piknięcie”, mógł nie zauważyć, że WP nie został mu jednak zaliczony. Prawdziwym fenomenem był za to Cyril Despres – to chłop nie zdarcia. W Pekinie wyglądało, jakby mógł zaraz wsiąść w samochód i ścigać się z powrotem do Moskwy. Na jego tle marnie prezentował się zwłaszcza Loeb, który od kilku dni miał już wyraźnie dość off-roadu.

13661796 1051895504845863 2693490845444525108 o- Zaliczyliście już wiele występów, ale po raz pierwszy mieliście okazję ścigać się w tak egzotycznych krajach, jak Kazachstan czy Chiny... Jak wspominasz te nowe doświadczenia?
- Rosję znaliśmy już wcześniej i niczym nas nie zaskoczyła. Choć to wielki kraj, wydawało nam się, że organizatorom brakuje miejsc do wytyczenia etapów. Jechaliśmy przez rejony silnie uprzemysłowione, gdzie mieszka sporo ludzi. Ciekawostką był prolog w Kazaniu, który osobiście bardzo mi się podobał. Takie 2 kilometry ścigania po „nadwiślańskiej” plaży. Co ciekawe, prologu nie odnaleźli chińscy zawodnicy startujący Mitsubishi! Nieszczęśliwie zgubili się w Kazaniu i na „dzień dobry” dostali taryfy. Kazachstan to już zupełnie inny świat. Pusty i bardzo rozległy. Na tamtejszych oesach czasem powiewało nudą, bo niewiele się działo. Wydarzeniami są miasta – nowoczesna Astana, która przypomina zbudowany na pustyni Dubaj, oraz historyczna stolica Ałma Ata, która ma fajny klimat, restauracje, przyjemne uliczki.

- Gwoździem programu były jednak Chiny...
- Na granicy z Chinami rywalizację zakończyli zawodnicy ścigający się w mistrzostwach Rosji. Wszyscy mówili, że dopiero teraz rajd się rozpocznie się na dobre. I mieli rację, bo druga połowa „Silka” to było istne piekło. W Chinach można by zorganizować cztery Dakary. Niczego tam nie brakuje: są pustynie, ogromne wydmy, potężne góry, głębokie kaniony, bezkresne stepy. Taka Afryka do kwadratu! Zawodnicy, którzy znają Dakar, byli zgodni, że trasa w Ameryce Południowej nie równa się tej, z którą przyszło nam walczyć. Zaletą „Silka” jest również to, że nie brakuje tu miejsca do wyprzedzania, podczas gdy w Argentynie na drodze tworzą się z rajdówek „pociągi”. Jednocześnie Chiny zaskoczyły nas bardzo rozwiniętą infrastrukturą. Momentami czuliśmy się jak w Szwajcarii! Organizatorzy całkiem nieźle to wykombinowali - kolumna rajdowa złożona z wozów serwisowych i zaplecza poruszała się trzypasmową, nowoczesną autostradą prowadzącą z granicy do Pekinu, a załogi rajdowe krążyły wokół zygzakiem po oesach. Nocowaliśmy na lotniskach, koniecznych do obsługi rajdowych helikopterów i samolotów. Naprawdę było to świetnie pomyślane. Skoro już chwalę organizatorów, to warto dodać, że rajd został perfekcyjnie przygotowany. W obozach dbano o porządek, toalety były czyste, a jedzenie smaczne i wydawane bez opóźnień. Problemem była jedynie komunikacja, bo bez Google Translate nic się nie dało załatwić. Zachwytu nie budzi również Pekin, który jest ogromny i straszliwie zanieczyszczony.

13937800 1053142444721169 8121716770040015432 o- O jednym z chińskich etapów mówiłeś w korespondencjach, że był to istny Armagedon.
- Będę go długo wspominał. Oes liczył około 500 kilometrów, był trudny i bardzo zróżnicowany. Pokonywaliśmy wydmy, dziury, niecki, wszędzie rosły camelgrasy. Nieludzko zmęczeni, 40 kilometrów przed metą, sądziliśmy, że to już koniec, a dopiero wtedy się zaczęło! Wjechaliśmy w obszar fesz-feszu. Kurzyło się tak potężnie, że nie widziałem w kabinie Ernesta. Jakbym jechał w beczce cementu. Na dodatek trasa była potwornie nierówna – do jednej z dziur wpadli Francuzi i nie byli już w stanie się z niej wydostać. Tutaj jazdę zakończył Mirek Zapletal, w którego aucie wybuchł silnik. Na mecie nie wiedziałem, jak się nazywam, ale wszyscy czuliśmy ogromną satysfakcję, że podołaliśmy wyzwaniu.

- Od początku podkreślałeś, że Waszym celem celebrity news jest meta, ale jako dwukrotny mistrz Polski i zwycięzca Africa Eco Race zapewne liczyłeś na nieco więcej.
- Nie ukrywam, byłem (i pozostaję) optymistą, ale trasa Silk Way Rally to ciężki sprawdzian dla seryjnego auta grupy T2. Czasem miałem wrażenie, jakbym w gokarcie wyjechał na tor Formuły 1. Zapewne gdybyśmy od początku jechali „na ukończenie”, moglibyśmy doświadczyć mniej awarii i ostatecznie uplasować się wyżej. Ale byliśmy ambitni, nie oszczędzaliśmy się. Dla naszego auta było to zbyt wiele – i tak jestem pod wrażeniem, że dotrwał do mety, co dowodzi, jak fenomenalna jest to konstrukcja, która świetnie nadaje się na rajdy pustynne w Afryce. Przecież na AER wygraliśmy ze zwycięzcą Silka – Denisem Berezovskim, który dobrze widział, jak przygotować się na Kazachstan i Chiny. Słyszeliśmy, że dwa razy przejechał treningowo całą trasę i znał poziom jej trudności. Poza naszym zasięgiem był również Japończyk Akira Miura, którego Toyota przy mniej liberalnych sędziach mogłaby zostać zakwalifikowana do grupy T1. Podkreślam – nie narzekam i nie staram się tłumaczyć. Gdyby nie pechowe awarie, chyba bylibyśmy w stanie powalczyć o podium grupy T2, ale po prostu czasem się nie składa... Cieszymy się z ukończenia rajdu, zdobyliśmy mnóstwo doświadczenia. Na Silka raczej już nie wrócę, chyba że w T-jedynce, ale oznacza to ogromne wyzwanie finansowe. W tym roku wspomogli nas partnerzy z USA i Chin, jednak dla amatorskiego zespołu, jakim jest NAC Rally Team, taki rajd jest potężnym obciążeniem. Naszym przeznaczeniem są jednak imprezy uszyte na naszą miarę, w rodzaju Africa Eco Race czy Rajdu Maroka, które są tańsze, nieco łatwiejsze i mniej wyczerpujące. Mimo wszystko nie żałuję, że podjęliśmy się tak trudnego wyzwania. Przy okazji chciałbym pogratulować Piotrowi Beaupre i Jackowi Lisickiemu, którzy uplasowali się na doskonałym 16. miejscu. Widać było, że mają ogromne doświadczenie i umiejętności. Jechali równym, dobrym tempem i omijały ich awarie. Gdy odwiedzali nas w obozie, nie mogli się nadziwić, że my wciąż jedziemy naszą T-dwójką.

13765917 1048143668554380 7946584383167959034 o- Zawsze podkreślasz, że w rajdzie walczy nie załoga, ale cały zespół. Dla twojej ekipy „Silk” również musiał być dużym wyzwaniem.
- Jak zawsze o chłopkach mogę wypowiadać się w samych superlatywach. Wszyscy daliśmy radę, a było bardzo ciężko. Mechanicy nie przesypiali całych nocy, a później „odpoczywali”, śpiąc w czasie dojazdówek. Oczywiście nie byliśmy bezbłędni, ale trudno mieć o to pretensje przy takim zmęczeniu i intensywności pracy. Każdy robił, co w jego mocy. Jak zawsze dobrym duchem drużyny był „Kret”. Świetnym pomysłem okazało się zabranie w podróż kampera, który ratował nas wieczorami i pozwolił przetrwać burzę piaskową. Wszystkie auta wracają teraz w konwoju powrotnym – na zmianę prowadzą je chłopaki nie do zdarcia: Adam i Bartek oraz kierowca, który doleciał do nich z Warszawy. Powrót na kołach to nie takie złe rozwiązanie, biorąc pod uwagę tamtejsze ceny paliwa – w Kazachstanie litr benzyny kosztuje 1,20 zł. Nic dziwnego, że diesla tam nie uświadczysz...

- Być może za wcześnie na to pytanie, ale czy zastanawiałeś się już nad kolejnymi startami?
- Na pewno muszę „trochę” odpocząć. Startu w Baja Poland nie wykluczam, Hilux jest gotowy, ale nie wiem, czy się wystarczająco zregeneruję, a „turystyczna” jazda mnie nie interesuje. W dodatku już niebawem zostanę dziadkiem! Myślami jestem już bardziej przy przyszłym sezonie. Być może zdecyduję się na start w pełnym cyklu RMPST. Na pewno będę uczestniczył po raz kolejny w Historycznym Rajdzie Monte Carlo oraz klasycznym Rajdzie Safari. W planach mam również rajd Akropolu i Skandynawię (np. Rajd 1000 Jezior w wersji klasycznej), bo moim marzeniem jest przejechanie wszystkich znanych zawodów – coś jak zdobycie motoryzacyjnej korony świata. O powrocie na „Silk”, który w przyszłym roku ma być podobno rozegrany w odwrotnym kierunku, raczej nie myślę. Już bardziej prawdopodobne jest, że zdecyduję się na start T-jedynką w Africa Eco Race, ale to na razie tylko dywagacje. Mamy dobry zespół, świetne auta, liczę, że niebawem wróci do nas także szczęście. 

Rozmawiał: Arek Kwiecień, fot. NAC Rally Team

13724878 1048835255151888 70040532884291800 o