470 kilometrów – aż tyle zawodnicy musieli pokonać w trakcie czwartkowego etapu „Hannibal”. Łatwo sobie wyobrazić, jak wiele kosztowało to ich wysiłku. W czołówce prawdopodobnie nie zaszły jednak poważniejsze zmiany. O najwyższe lokaty w „generalce” walczy Paweł Oleszczak, a w pierwszej dziesiątce powinni się jeszcze plasować Robert Kufel i Marek Schwarz. Hannibal podzielony był na kilka oesów. Pierwsze rozegrano jeszcze w pobliżu poprzedniego obozu na poligonie drawskim, a ostatni był już wytyczony na terenach wojskowych Żagania i Trzebienia.
By osiągnąć dobry wynik na tak długim etapie, niezbędna była dobra nawigacja, a z tą niektórzy zawodnicy mieli już problemy na samym początku. Spora część trasy wiodła czołgówkami, na których w wyniku częstych ostatnio opadów deszczu aż roiło się od głębokich dziur z wodą. – Jedziemy w otwartej kabinie i niemal każda kałuża spada wprost na nas – mówi Wojtek Kałamaga, pilot Marka Schwarza. – Niebyt to przyjemne uczucie…
Woda na Hannibalu dała się zawodnikom mocno we znaki. Na trasie oprócz kałuż nie brakowało głębokich, czasem wręcz niebezpiecznych przepraw. Jedną z nich – na Kwisie – organizator zdecydował się odwołać, by nie narażać zawodników. Ale i wcześniejsze brody do łatwych nie należały. Kuriozalną przeszkodą był zwłaszcza przejazd przez rzekę na początku drugiego oesu. Większość zawodników zgodnie z duchem walki nie wahała się zmierzyć z wodą, ale byli też i tacy, którzy na drugą stronę rzeki przemykali w trymiga… mostkiem. Na przeszkodzie zabrakło niestety sędziów, którzy byliby świadkami tego oszustwa. Wielu zawodników pokazało jednak, że fair play mają we krwi i zmierzyło się z głębokim brodem. Dla niektórych, jak np. dla polskiej Toyoty, która wywróciła się podczas winchowania, skończyło się to nieciekawie… Mój podziw wzbudziły natomiast dwie liderujące załogi Mercedesów, które przejechały na drugą stronę rzeki bez pomocy wyciągarki. Pawłowi Oleszczakowi do wdrapania się na brzeg zabrakło dosłownie centymetrów…
Najszybsze auta docierały w okolice Żagania już wieczorem. Ostatni oes miał kilkadziesiąt kilometrów i wiódł m.in. przez znane wszystkim kibicom rajdu brody „Złota Struga” i na Czernej w Żagańcu, które po deszczach były mocno wezbrane. Ale i tu kilka załóg pokazało mistrzowskie umiejętności, przejeżdżając „suchą” stopą na drugi brzeg. Dla większości jednak była to kolejna (na szczęście już ostatnia tego dnia) okazja, by skosztować zimnej kąpieli… Pechowcem był między innymi Jacek Ambrozik, którego Suzuki utknęła w wodach Czernej. Gdy wreszcie z nich się wydostała, blisko już mety, przy dużej prędkości, urwało się w niej koło. Na szczęście zawodnikom nic się nie stało i ukończyli etap. Koła przez całą noc jednak nie znaleźli…
Mnóstwo załóg jeszcze po północy walczyło na trasie, dlatego organizatorzy przesunęli start przedostatniego etapu na popołudnie. Będzie to już niemal ostatnia okazja, by poprawić swój wynik. „Wyścigowy” etap sobotni będzie miał już bardziej charakter pokazowy.
Text i foto: Arek Kwiecień / Sigma Pro
|
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.