Land Serwis

Rozmowa z Rafałem Martonem (listopad 2005)

31 grudnia 2005 roku z Lizbony wystartują zawodnicy uczestniczący w 28. edycji rajdu „Dakar” 2006. Czeka na nich trasa o łącznej długości blisko 10 tysięcy kilometrów, biegnąca z Portugalii przez Maroko, Mauretanię, Mali i Gwinnę do stolicy Senagalu – Dakaru. W gronie 485 zespołów dopuszczonych do startu znajdują się również Polacy. W barwach Orlen Teamu wystartuje załoga samochodowa: Krzysztof Hołowczyc i Jean-Marc Fortin oraz dwóch motocyklistów: Marek Dąbrowski i Jacek Czachor. Hołowczyc zapowiada walkę o pierwszą dziesiątkę, w czym ma mu pomóc Nissan Pick-up, który w ubiegłym roku zajął na tym rajdzie miejsce siódme (startował nim Carlos Sousa). Dla Dąbrowskiego i Czachora jedynymi godnymi uwagi rywalami będą – jak co roku – zawodnicy z zespołów fabrycznych. Wiele wskazuje na to, że na starcie ujrzymy także polskiego Unimoga, z załogą: Grzegorz Baran – Rafał Marton, która stara się o dopisanie jej na listę startową. Z Rafałem Martonem – niegdyś pilotem Łukasza Komornickiego, którzy przed dwoma laty zajęli w „Dakarze” 14. miejsce, mieliśmy okazję zamienić kilka słów na temat ich przygotowań.

- Kto oprócz Pana oraz Grzegorza Barana tworzy Wasz team?
- Nie dysponujemy zbyt wielkim budżetem, dlatego nasz zespół stanowić będą tylko dwie osoby, to znaczy ja i Grzesiek. Jedziemy sami, a na „pace” Unimoga będziemy wieźć z sobą części zapasowe (wcześniej jego przestrzeń ładunkowa była wykorzystywana do przewozu części dla Pajero). Sami również będziemy dokonywać jego ewentualnych napraw.

- Czy Wasz Unimog startował już wcześniej w „Dakarze”?
- Tak, nasz pojazd był wcześniej wykorzystywany jako „support” w czasie moich i Łukasza startów w Orlen Teamie. To model 437/20, z 6-litrowym silnikiem o mocy 280 KM. Samochód został zbudowany w roku 1999, w dziale sportu Mercedesa i odtąd rokrocznie startuje w „Dakarze”. Najlepiej zaprezentował się w roku 2000, zajmując 4. miejsce. W okresie jego występów w Orlen Teamie, zajmował miejsca 16. (w 2003 r.) i 28. (w 2004 r.), ale wówczas jego priorytetem nie była walka o czołowe lokaty. Od „Dakaru” 2004 auto rzadko było wykorzystywane – obecnie jest już po generalnym przeglądzie i drobnych przeróbkach, w pełni przygotowane do startu. „Sprawdziliśmy” go w połowie października podczas XX rajdu Mercedes Truck Rally. Sprawował się znakomicie, a my zajęliśmy 1. miejsce w klasie Ciężkiej RMPST.

- Jakie są Pana wrażenia z przesiadki z Pajero do Unimoga?

- Jazda Unimogiem to dla mnie nie nowość. W roku 2003 przez kilkaset kilometrów, na bardzo trudnym etapie, holowaliśmy nim nasze Pajero i wówczas miałem okazję nawet nim kierować. Ściganie się ciężarówką bardzo różni się od jazdy autem klasy T2. Przede wszystkim na trasę spogląda się z wysoka, dużo więcej jest widać z kabiny. W Unimogu czuję się dużo bezpieczniej - także z tego względu, że jedzie się wolniej. Nasz samochód świetnie sprawuje się w warunkach pustynnych. Ma zwartą konstrukcję, jest piekielnie mocny, posiada świetny system centralnego pompowania kół (który w klasie aut terenowych został zabroniony, ale w klasie ciężarówek – ze względu na ilość kół i ich wielkość – wciąż jest dozwolony).

- Jak wygląda Wasz trening?
- Jazda terenówką w „Dakarze” wymaga dużo lepszej kondycji fizycznej – w okresie startów Pajero, a wcześniej Land Cruiserem praca nad nią zajmowała nam blisko pół roku. Im dłużej startuje się w „Dakarze”, tym łatwiej jest się odpowiednio przygotować. Dlatego teraz oceniliśmy, że wystarczą nam 3 miesiące. Trening wygląda standardowo – siłowania, basen, marszobiegi...

- Występ prywatnego teamu w „Dakarze” sporo kosztuje. Kto Wam pomaga?
- Naszym stałym partnerem została firma Mercedes - Benz Polska. Ogromnym wsparciem jest dla nas również firma Diverse. Finansowo pomagają nam również FransMaas i United Partners, a także kilka mniejszych firm. Wiele zawdzięczamy też Automobilklubowi Rzemieślnik.

- W Polsce co najmniej kilka osób marzy lub planuje start w „Dakarze” – na przykład Maciej Majchrzak czy Albert Gryszczuk. Co Pan sądzi o ewentualnej współpracy?
- Jak dotąd nie rozmawialiśmy na temat współpracy ani – z doskonale mi znanym – Maćkiem, ani z Albertem Gryszczukiem, którego zwycięstwo w rajdzie Berlin-Wrocław dowodzi, iż jest on materiałem na świetnego „dakarowca”. Nic jednak nie jest wykluczone. Jeśli tylko wyjdą z taką propozycją, w każdej chwili możemy usiąść i pogadać.

- Czy istnieje jeszcze szansa na wspólne występy na pustyni pary Komornicki-Marton?
- Nie ukrywam, że chciałbym powrócić do występów w klasie T2 wraz z Łukaszem Komornickim. On również jest bardzo zdeterminowany. W tym roku zabrakło pieniędzy, ale jesteśmy po wielu obiecujących rozmowach, które jak na razie zapewniają spokojny byt naszego zespołu Unimoga. Planujemy już jego występy w roku 2006 – na rajdach w Tunezji i Turcji, a także start w „Dakarze” 2007. Gdybym jednak powrócił do ścigania się z Łukaszem, zawsze znajdzie się mój wartościowy zmiennik do pary z Grzegorzem Baranem. Łukasz obecnie wspiera nas logistycznie. Trudno powiedzieć, co przyniesie rok następny. Czy pojawią się pieniądze, nowe auto... Zawsze w odwodzie mamy nasze dotychczasowe Pajero, które jak na razie stoi w garażu.

- Jak Pan wspomina początki występów z Łukaszem Komornickim?

- Gdy wracam pamięcią do startów z Łukaszem, ogarnia mnie nostalgia. To był kawał naszego życia. Szczególnie nasz pierwszy występ w „Dakarze”, organizowany na „wariackich papierach”, bardzo mi zapadł w pamięci. Doszło do niego zupełnie nieoczekiwanie. W dodatku byliśmy debiutantami, a obsługujący nas serwis miał pod opieką kilkanaście innych Toyot, do czego zupełnie nie był przygotowany; jedna z dwóch ciężarówek, które miały nas wspierać, popsuła się zaraz na początku rajdu. Na koniec doszło do tragedii – zginął szef naszego serwisu. I to wszystko sprawiło, że nie udało nam się ukończyć tego rajdu.

- Potem nadeszła era Orlen celeb news Teamu...
- Zaczęło się do długich przygotowań, wielu spotkań, szczegółowych ustaleń. Do naszej dyspozycji otrzymaliśmy Mitsubishi Pajero, które – jak się okazało – nie był zbyt solidnie przygotowane. Dopiero później „wymyśliliśmy” odpowiadający nam samochód, który powstał przy współpracy z firmami Ralliart France i Power B. Mieliśmy doskonały sezon w roku 2003, kiedy m.in. zajęliśmy 4. miejsce w rajdzie Tunezji, 5. w rajdzie Maroka i 2. w rajdzie Orientu, a w rajdzie „Dakar” 2004 wywalczyliśmy m.in. 9. pozycję na najtrudniejszym etapie maratońskim, a sam rajd ukończyliśmy na miejscu 14.

- Zapowiadało się obiecująco, ale Wasze dalsze plany przecięła odgórna decyzja...
- Rozstanie z „Orlenem” było dla nas dużym zaskoczeniem. Sądziłem, że startami – w „Dakarze” i na rajdach Pucharu Świata – udowodniliśmy naszą wartość. W środku przygotowań do „Dakaru” 2005 poinformowano nas jednak o rozwiązaniu umowy, stawiając nas przed faktem dokonanym. Sposób, w jaki nas potraktowano, trudno uznać satysfakcjonujący.

- Jak Pan ocenia występ w „Dakarze” Waszych następców z Orlen Teamu?
- Wynik, jaki osiągnął Krzysztof Hołowczyc w „Dakarze”, niezbyt mnie zaskoczył, choć – przyznam szczerze – nie spodziewałem się, że uda mu się dotrzeć do mety. Miał dużo szczęścia, że po etapie, na którym zepsuł się na pustyni, organizator zarządził dzień wolny, co pozwoliło mu dotrzeć do serwisu i wyruszyć do kolejnego etapu. Inaczej nie miałby żadnych szans. Od mechaników z Ralliartu słyszałem, że szczególnie w pierwszej części rajdu mieli naprawdę sporo pracy z orlenowskim Pajero. To w dużej mierze ich zasługa, że samochód dotarł do mety.

- Musi Pan jednak przyznać, że Krzysztof Hołowczyc miał niezłą końcówkę...
- „Dakar” wygrywa się na odcinkach maratońskich w Mauretanii. Później rajd staje się łatwiejszy, a odrobienie często wielogodzinnych strat przestaje już być możliwe. Dlatego najlepsi pod koniec rajdu zwalniają, nie walcząc o zwycięstwa etapowe, ale broniąc swej pozycji w klasyfikacji generalnej. Nic nie ujmując postawie Krzysztofa Hołowczyca w końcowej części rajdu, trzeba jednak wziąć pod uwagę, że wówczas walka o wysokie lokaty na etapach staje się dużo łatwiejsza. Dobre rezultaty, jakie wtedy osiągnął, wynikają również z faktu, iż po opuszczeniu Mauretanii kończą się etapy pustynne, a trasa najczęściej wytyczona jest na szutrówkach, co dla kierowcy z ogromnym doświadczeniem w rajdach płaskich jest sporym udogodnieniem.

- Kto według Pana zwycięży „Dakar” 2006?
- Bardzo mocny zespół stworzył Volkswagen, który postanowił położyć kres hegemonii Mitsubishi. W rajdzie pojedzie 5 Touaregów, których kierowcy to światowa elita. Szczególnie trójka: Saby, Kleinschmidt i Sainz. Pozostali też są świetni: Giniel de Villiers czy Mark Miller. Sądzę, że faworytem może być Carlos Sainz – o ile „Dakar” go nie zaskoczy. Z pewnością skóry tanio nie sprzeda zespół Mitsubishi, który przygotował nową wersję Pajero Evolution – MPR12.

Rozmawiał: Arek Kwiecień, foto: Arek Kwiecień, Marek Bafia (Orlen Team)


{artsexylightbox autoGenerateThumbs="true" path="images/stories/Ludzie/Marton2005" previewHeight="67"}{/artsexylightbox}

Artykuł opublikowany w magazynie "Wyprawy4x4", nr 2 (2) grudzień 2005/styczeń 2006.