Land Serwis

Finał Rainforest Challenge 2015. Tropikalna selekcja

Polskie załogi, które reprezentowały nasz kraj w słynnym malezyjskim ekstremie Rainforest Challenge 2015, po tygodniu spędzonym w dżungli całe i zdrowe dotarły do mety zawodów. Wojtek Gołębiowski z Tomkiem Dargaczem startujący zwinnym Can-Amem Maverick wywalczyli ostatnie miejsce w czołowej dziesiątce. Jadący dużo cięższym Jeepem (na gaz!) Dagmara Kowalczyk i Romek Popławski uplasowali się 6. oczek niżej. Na starcie rajdu stanęło 37 załóg.

Rainforest Challenge to rajd, w którym rywalizacja sportowa na krótkich odcinkach specjalnych łączy się z długą, wyczerpującą przeprawą przez dżunglę. W zasadzie trudno rozstrzygnąć, co jest trudniejsze: wyśrubowane limity czasowe na soczystych oesach czy walka z przyrodą i wszechobecnym, czerwonym błotem na dojazdówkach. Przemierzający trasę rajdu konwój kilkudziesięciu pojazdów: rajdówek, wozów organizatora, presscarów i terenowych ambulansów po pewnym czasie rozpełza się na wiele kilometrów wstrzymywany czasem przez maruderów, którzy psując się lub nie radząc sobie z przeszkodami, blokują innym trasę. W tym roku pokonanie 12 kilometrów pomiędzy strefami Predator a Terminator zajęło zawodnikom aż 40 godzin! Inni na wiele godzin zostawali w dżungli, biwakowali pod gołym niebem, a czasem nawet porzucali auta na pastwę losu.

Pomimo kłopotów technicznych polskie załogi nie dawały za wygraną. W czerwonym Jeepie po drodze rozpadł się mechanizm różnicowy w przednim moście, pozostawiając go z napędem... na 3 koła. Na szczęście auto udało się reanimować z pomocą miejscowych mechaników. Mavericka również nie ominęły problemy w postaci ukręconych półosi.

Po opuszczeniu najtrudniejszego rejonu - słynnej Strefy Mroku - zawodnicy "na dobicie" musieli pokonać  finałowe oesy - krótkie, ale bardzo techniczne. Wśród bambusów, podwodnych głazów i w koszmarnych upałach. Po tygodniu walki można było się jednak już do tego przyzwyczaić...

- Ten rajd dla Europejczyków jest szokiem. Oddycha się powietrzem o temperaturze rozgrzanego piekarnika i naprawdę potrzebna jest żelazna kondycja, żeby przez dziesięć dni ścigać się w tropikach. Rywalizacja i wylane hektolitry potu to jedna strona, z drugiej czeka survivalowa przygoda, czyli budowanie campów w dżungli, kąpiele w rzekach czy obrona przed niekoniecznie przyjaznymi mieszkańcami deszczowych lasów. Myślę, że dla kobiety jest to podwójne wyzwanie. Rainforest Challenge to najdłuższy rajd, w jakim do tej pory startowałam, wiec pojawiło się się pytanie – jak umiejętnie rozłożyć siły? Tu przy sobie zawsze trzeba mieć kilka litrów wody, bo w takich upałach woda po prostu leje sie z człowieka. Pilota obowiązują rękawiczki, bo nigdy nie wiadomo, czy podpinając linę nie złapie kolczastego pnącza. A te potrafią poszarpać skórę. Jednak dla mnie - prawdziwego pasjonata off-roadu start w rajdzie na drugim końcu świata był spełnieniem marzeń. Celem na Rainforest Challenge miała być meta, wiec nasze miejsce w połowie stawki znakomitych kierowców z całego świata przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Razem z Romkiem przeżyliśmy tu również fantastyczną, egzotyczną przygodę poznając klimat i kulturę tego niezwykle przyjaznego kraju, jakim jest Malezja.komentowała na mecie Dagmara, która w Malezji była po raz czwarty, ale po raz pierwszy w roli zawodniczki.


- Rainforest Challenge od kilku lat przewijał się przez moje myśli i wreszcie stał się faktem. Legenda… - to słyszałem o Rainforest Challenge i potwierdzam, jest połączeniem wyprawy i rajdu przeprawowego. Dlatego nie jest tu lekko. Ciągłe przemieszczanie campów, rozkładanie i składanie tymczasowego domu, za kilkadziesiąt kilometrów znowu znajdujemy sie w nowym miejscu i znowu podejmujemy walkę na dynamicznych odcinkach specjalnych. Limity na pokonanie odcinków to zaledwie 15 – 20 minut. W tym czasie musieliśmy dawać z siebie wszystko, chwila nieuwagi lub niewłaściwa decyzja i słyszeliśmy gwizdek sędziego. W trzydziestu pięciu stopniach i wilgotności porównywalnej do sauny, kwadrans energicznej walki powodował, że nie było na mnie suchej nitki. Tutejsze samochody są nieco inne niż nasze, inaczej przygotowane pod kątem specyficznych warunków, czyli wąskich i szybkich nawrotów. Jednak nasza ,,tajna broń” w postaci dodatkowej wyciągarki dachowej była jedyna w swoim rodzaju. Kibice bardzo nas wspierali, bo kobieta za kierownica przeprawowego samochodu na RFC to rzadkość, tym bardziej że Dagmara często zawstydzała lokalnych ,,kozaków”. 16-te miejsce na 37 załóg, to dla nas ogromne zwycięstwo!  mówił Roman Popławski


Mimo ogromnego zmęczenia Polacy już na mecie przyznali, celeb gossip że do Malezji na pewno jeszcze (nie raz) powrócą.

MM, fot. Fanpage Dagmary Kowalczyk